wtorek, 31 marca 2015

Japońskie i koreańskie kosmetyki - wybrane nowości wiosna 2015, cz. 2

Zanim przejdę do rzeczy, chciałabym przeprosić za błędy, jakie wkradły się do pierwszej części o nowościach. Chodzi konkretnie o informacje na temat sleeping pack'u Laneige - przez długi czas koreańska strona internetowa marki nie chciała mi się ładować i w związku z tym informacje o produkcie oraz jego zdjęcie musiałam zaczerpnąć ze strony malezyjskiej. Okazało się niestety, że Malezja ciągle sprzedaje starą wersję. Na szczęście wspomnianą stronę udało mi się niedługo po opublikowaniu postu w końcu załadować i zastąpić nieaktualne info oraz zdjęcie nowymi. Część pierwszą można przejrzeć TUTAJ. 
Przejdźmy zatem do kolejnych nowinek.

6. Innisfree - koreańska firma wprowadziła nową serię, Jeju Sparkling Mineral, w której znajdziemy: krem, skin (czyli lotion), essence, lotion (czyli emulsję), mgiełkę oraz piankę i proszek mineralny do mycia twarzy.
Na tym zdjęciu promocyjnym brakuje pianki.
Stosujemy je w kolejności: pianka -->  proszek --> skin --> essence --> lotion --> krem --> mgiełka. 
Pianka pierwsza z lewej -  brakuje za to mgiełki :p
Składnikiem "przewodnim" serii, obecnym w każdym produkcie, jest bogata w minerały, gazowana woda termalna z wyspy Jeju, która ma dogłębnie nawilżać oraz oczyszczać. Seria jest "6-free" - czyli wolna od parabenów, składników odzwierzęcych, oleju mineralnego, barwników, sztucznych zapachów oraz toksycznego imidazolidinyl urea.
Szczególnie ciekawym produktem w tej serii jest proszek do mycia twarzy. Zawiera on m.in. sodę oczyszczoną, a także ekstrakty ze skórki pomarańczowej i zielonej herbaty. Produkt składa się z dwóch saszetek. Nalewamy do miski 1.5-2l ciepłej wody, wsypujemy zawartość saszetki nr 1, po czym czekamy, aż się całkowicie rozpuści. Następnie wsypujemy to, co znajduje się w saszetce nr 2 i mieszamy do wytworzenia się bąbelków. Zamykamy oczy i mamy dwie opcje:
1) zanurzamy twarz w wodzie na 2-3 minuty (oczywiście z przerwami na oddech ;D) i pozwalamy bąbelkom masować i oczyszczać naszą cerę, lub
2) pomagając sobie rękami, opłukujemy twarz energicznymi chluśnięciami, również przez 2-3 minuty.
Według mnie seria przedstawia się interesująco. I tak, mam ochotę spróbować produktu lub dwóch. 

Przy okazji - ostatnio daje się zaobserwować wśród koreańskich kosmetyków nowy trend anty-pyłowy - kilka firm wprowadziło do swoich ofert produkty mające oczyszczać cerę z, tudzież chronić przed "złym" pyłem i zanieczyszczaniami nawiewanymi, a jakże, z Chin! Nie ma to jak wymyślić ciekawy powód do wciśnięcia ludziom kolejnych ton kosmetyków, czyż nie? Trzeba przyznać, że marketingowcy są bardzo kreatywni w kreowaniu kolejnych wydumanych nisz rynkowych.
Zostawiając jednak sarkastyczny ton w tyle, przejdźmy do prezentacji jednego z produktów, które taką "ochronę" oferują - Innisfree Smart Foundation SPF35/ PA++ Dust Block.
 
Jest to podkład, który ma chronić skórę przed "szkodliwym wpływem środowiska" poprzez "powleczenie jej ochronnym filmem". Można go mieszać z bazami do podkładów lub innymi podkładami Innisfree, w zależności od typu i potrzeb cery. Do wyboru są 3 odcienie oznaczone numerami: 13, 21 oraz 23. 


Nowością jest także seria Whitening Pore, w której z kolei znajdują się: pianka, skin (lotion), serum, krem do oczu, krem oraz sheet mask (maseczka płachtowa).
Jak łatwo się domyśleć, jej zadaniem jest rozjaśnianie, wyrównywanie kolorytu, likwidacja przebarwień, ale także oczyszczenie cery, zmniejszenie widoczności porów i produkcji sebum. Seria ta przeznaczona jest do cery zarówno z przebarwieniami, pozbawionej blasku, jak i tłustej. Głównym składnikiem linii jest ekstrakt z mandarynki (bez pestycydów) z - zgadnijcie, skąd? - oczywiście, z czystej i nieskazitelnej wyspy Jeju (jeśli kiedyś będę w Korei to na pewno się tam wybiorę). Seria ta również jest "6-free".

http://www.innisfree.co.kr/ShopNewPrdList.do 

7. Etude House - tutaj mamy 3 nowe kosmetyki z linii Zero Sebum. Sporo osób pyta o kosmetyki do cery przetłuszczającej się, dlatego piszę o tej serii. Jest ona podobna do linii No Sebum od Innisfree. Nowymi produktami są: żel matujący, puder matujący oraz kosmetyk do masażu twarzy, rozpuszczający nadmiar sebum zalegającego w porach.

Żel nie zawiera silikonu i ma sporo ekstraktów roślinnych w składzie ale niestety ma pudrowe wykończenie - czego ja osobiście nie znoszę.
Przy okazji: EH również ma swoją anty-pyłową serię o nazwie Dust Cut ;)

http://www.etude.co.kr/event.do?method=view_new&bbsCd=ET&OnGoing=Y&bltnCntSeq=1057


8. Hada Labo - znana japońska marka wprowadziła ostatnio na rynek 2 nowe produkty. Jednym z nich jest żel z dwoma typami kwasu hialuronowego, witaminą C (niestabilną jej formą) oraz ekstraktem z liści oczaru wirginijskiego - Shirojyun Cooling Hyaluron Jelly

Żel ma właściwości nie tylko nawilżające, ale i lekko chłodzące - jest to produkt idealny na upalne, wiosenne oraz letnie dni (na noc też). Kosmetyk ma także lekko napinać skórę. Produkt reklamowany jest jako lotion/ serum/ krem nawilżający/ produkt wygładzający oraz maseczka w jednym. Według producenta wchłania się całkowicie i nie pozostawia lepkiego filmu. Krótki filmik reklamowy z udziałem Maedy Atsuko z mega-popularnej grupy AKB48 można zobaczyć tutaj:
https://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=03htr4tVtRc
Ja na pewno będę trzymać się od niego z daleka bo 99% kosmetyków o konsystencji żelu mnie okrutnie zapycha. 

Drugi nowy produkt w ofercie to Hada Labo Medicated Gokujyun Skin Conditioner

Jest to produkt do cery problematycznej. Jego głównymi składnikami są kwas ε-aminokapronowy (aminokwas o działaniu przeciwzapalnym), ekstrakt z korzenia lukrecji (działanie rozjaśniające, przeciwzapalne) - aby zlikwidować zaczerwienienia i podrażnienia - a także kwas hialuronowy (niestety, dopiero tuż za połową składu), nawilżający skwalan, ekstrakt z prosa jerozolimskiego/adlay (działanie przeciwutleniające, przeciwstarzeniowe), pstrolistki sercowatej (działanie przeciwtrądzikowe) i rumianku. Nawilża, odżywia, rozjaśnia i zmiękcza cerę podatną na trądzik i problemy skórne. Jego formuła jest łagodna, o zbalansowanym pH. 
Reklama: https://www.youtube.com/watch?v=-abUTDiDhvg

http://www.hadalabo.jp/shirojyun_jelly/
http://www.hadalabo.jp/yakuyou_gokujyun/

9. Juju Cosmetics - tutaj mamy spore zmiany w sztandarowej serii nawilżającej z trzema rodzajami kwasu hialuronowego, znanej wcześniej jako Aquamoist. Linia nosi teraz nazwę Jyunmitsu Moisturizing - szaty graficzne zostały całkowicie zmienione, a składy nieco odświeżone. 
W linii znajdują się: lotion (2 rodzaje: moist /niebieski/ - bardziej gęsty i nawilżający oraz refreshing /zielony/- lekki, odświeżający), esencja, krem oraz krem do demakijażu.  W skład lotionów wchodzi prawnie zastrzeżony przez firmę sfermentowany kwas hialuronowy, który ponoć lepiej wnika w skórę, gdyż ma wielkość zaledwie 1 nm. 

http://www.juju.co.jp/catalog/aquamoist/

10. Bioré UV - w przypadku filtrów japońskiej firmy szata graficzna wszystkich produktów została nieco zmieniona (głównie czcionka); wygląd opakowań trochę bardziej drastycznie. Szkoda, że je zmienili, uwielbiałam poprzednie opakowanie białego filtra Bioré T_T Emanowało takim spokojem... :D No dobra, dosyć filozofowania na temat opakowań, przejdźmy do konkretów. Zmieniono też troszkę składy i tam, gdzie były tylko 3 plusiki w skali PA, dodano czwarty (oprócz tego są 2 filtry z PA++). Oprócz samych filtrów w linii UV Perfect znajdziemy też spray UV Perfect Spray SPF 50/ PA++++ do ciała i włosów, a w linii Aqua Rich - krem BB UV Aqua Rich BB Essence SPF 50/ PA++++.


A tu jest taki fajny przewodnik, których produktów Bioré używać w różnych sytuacjach:
http://www.kao.co.jp/biore/sarasarauv/timing/index.html
Z japońskimi filtrami sprawa ma się tak, że nie można wziąć pierwszego lepszego kremu z filtrem, chlapnąć na twarz i ciało, po czym wyjść sobie w góry i na plażę, bo możemy się na takiej decyzji - dosłownie - sparzyć. Japońskie filtry dzielą się głównie na takie do stosowania "na mieście" (przy czym chodzi tu o przemykanie z domu do pracy/szkoły i z powrotem, a nie całodzienne zwiedzanie w pełnym słońcu!!), inne z kolei są przeznaczone do długotrwałej aktywności fizycznej na świeżym powietrzu (góry, plaża, sport, itp. - te zazwyczaj są wodo-, poto- oraz sebumodporne), a jeszcze inne dublują jako baza pod makijaż. Jeśli zatem chcecie dobrać sobie krem z filtrem, zawsze sprawdzajcie, do jakiego użytku jest przeznaczony. A co do przewodnika Bioré - nawet nie znając ani słowa po japońsku z łatwością można go zrozumieć (ewentualnie pomóc sobie Google Tłumaczem ;p).

http://www.kao.co.jp/biore/sarasarauv/

Za kilka dni część trzecia - i ostatnia!

niedziela, 22 marca 2015

Japońskie i koreańskie kosmetyki - wybrane nowości wiosna 2015, cz. 1

Ostatnio bardzo często widuję tu i ówdzie zapowiedzi nowych kosmetyków, zmian w tych już istniejących oraz odświeżenie wizerunku całych serii. Uznałam więc, że czas na małe podsumowanie, co nowego w trawie piszczy. Oczywiście wszystkiego jest zdecydowanie zbyt dużo, żebym była w stanie to opisać - wybrałam więc najciekawsze, moim zdaniem, nowości.

1. Shiseido Tsubaki - tutaj producenci postanowili odświeżyć serię, zmieniając wygląd opakowań, likwidując praktycznie całą serię Head Spa (nieeeeeeeeeeee!!!!! jak mogliście mi to zrobić :'( ), zamiast niej wprowadzając fioletową linię Volume Touch i zmieniając nazwę serii Shining na Extra Moist. [Wie ktoś, dlaczego na rynku japońskim nie ma szamponów do włosów farbowanych? Czy tylko ja źle szukam?]

Nowa seria Volume Touch jest chyba adresowana do kobiet w kwiecie wieku o przerzedzających się włosach - ale z tego, co widzę szampon nie zawiera silikonów, więc bardzo chętnie go wypróbuję, jako że silikony w szamponach przyspieszają przetłuszczanie moich włosów; objętości też moim włosom brak.
Każda seria będzie się składać z szamponu, odżywki oraz treatment (a gdzie maski, ja się pytam?!?!?). 
Pozostawią kilka dodatkowych produktów, który dotychczas były w ofercie, jak serum bez spłukiwania Damage Care, wzmacniający spray z linii Shining oraz Damage Care (pełnowymiarowe opakowanie i wersja "do torebki"), czysty olejek z kamelii, a także serum nabłyszczające Head Spa.



2. Laneige - w sieci aż buzuje od informacji o nowych, dwutonowych pomadkach, nowej wersji niezmiernie popularnego sleeping packu oraz nowych ampułkach z linii White Plus Renew.
Jeśli chodzi o pomadki, które nazywają się Two Tone Lip Bar,
to większość z nich tworzy ciekawy, gradientowy efekt. Niektóre wyglądają beznadziejnie (efekt przygryzionych, tudzież wampirzych ust), niektóre ślicznie. Szczególnie podobają mi się nr. 3, 4, 6 i 7.

Wersja ze strony malezyjskiej

Wersja ze strony koreańskiej, cz. 1
Wersja ze strony koreańskiej, cz.2
A które Wam się podobają?

Kolejną nowością jest ulepszona wersja sleeping packa, zwana teraz Water Sleeping Mask,  

który rzekomo został dopasowany do naszego naturalnego rytmu dobowego, tzn. ma działać jeszcze lepiej, gdy my sobie śpimy z nim na paszczy. Promowanymi w tym produkcie składnikami są Sleep-Tox (oczyszcza cerę), Moisture Wrap (zapobiega utracie nawilżenia), oraz Sleepscent (pomaga się zrelaksować i zasnąć). Oczekujący na patent Sleepscent powstał dzięki olejkom esencjonalnym z ylang ylang, róży, kwiatu pomarańczy, drzewa sandałowego i innych.
Ostatnio przy okazji zamawiania rzeczy na Yesstyle zamówiłam wreszcie próbkę tegoż sleeping packu i.....srodze się zawiodłam. Internety pieją, blogerki och-ują i ach-ują, a tu takie coś....? I gdzie ten zapach Sleepscent, który ma pomagać zasnąć, bo ja nic nie czuję (a węch to ja mam dobry)? Nie mówiąc o tym, że marnie nawilża. Coś mi się wydaje, że ta próbka musiała być przeterminowana bo niemożliwe, żeby to był taki bubel :P Zamówię ją jeszcze raz, tym razem z bardziej sprawdzonego źródła.

Przedźmy zatem do kolejnej nowości, a mianowicie White Plus Renew Spot Ampoule.

Ampułka jest w sumie taką skoncentrowaną wersją essence z tej samej linii (z której ja jestem BARDZO zadowolona). Producent podaje, że zawiera 2 razy więcej składnika Mela-Crusher /rozbijającego nadmiar melaniny w skórze/, 2 razy więcej ekstraktu z polisacharydów zielonej herbaty, 2 razy mocniej rozjaśnia/nawilża; zawiera także witaminę B5, a 11% składu to stabilna pochodna witaminy C. Faktycznie jest stabilna, sprawdziłam już skład.
Jedna ampułka ma starczyć na tydzień (wyliczyli, że w jednej mieści się 28 porcji), a ampułek w całym opakowaniu jest 4. Czyli mamy zapas na miesiąc.  
Two Tone Lip Bar 
Water Sleeping Mask
White Plus Renew Spot Ampoule

3. NOV - firma odświeżyła nieco swoją serię kremów z filtrami, zmieniła składy tu i tam oraz wprowadziła nowy produkt, NOV UV Milk EX SPF32/PA+++, którego wg producenta można zmyć wodą, jest lekki, nie czuć go na skórze i nadaje się dla całej rodziny. 




Filtry tej firmy polecane są dla skóry wrażliwej. Jeśli szukasz dobrego filtra wyłącznie mineralnego/fizycznego, to właśnie coś dla Ciebie. Wszystkie filtry NOV, oprócz nowego, są uootaafuruufu, czyli wodoodporne ("waterproof" w katakanie - ten japoński jest czasami uroczy! ;p). 

http://www.nov.jp/shop/lp/novuvex_1503cp.aspx 

4. Shiseido Anessa - tego roku Shiseido wprowadza nowy produkt (edycja limitowana) do linii kremów z filtrem Anessa. Jest to spray z filtrem do ciała i włosów (tak, tak!) Anessa Perfect Essence UV Spray SPF50/PA++++

 
Zostawia na skórze satynową warstwę, która się nie lepi i nie bieli. Jest wodoodporny.

http://www.shiseido.co.jp/anessa/about.html?rt_bn=fb20150320#feat-2

5. Kanebo Allie - Allie również wprowadziło na rynek nową, ulepszoną wersję filtra Allie Extra UV Gel (Mineral Moist) N /w rankingu japońskiego portalu Cosme zdobył tytuł najlepszego kremu z filtrem 2014/, który zwie się teraz Allie UV Mineral Moist NEO SPF50/PA++++, a którego reklamuje znana aktorka Keiko Kitagawa.  Króciutki filmik reklamowy można obejrzeć tu:  https://www.youtube.com/watch?v=waOr1tgxjqY.


Kosmetyk jest wodo-, poto- i sebumodporny; może być stosowany podczas wypoczynku w górach, nad morzem, uprawiania sportów na zewnątrz, jak i po prostu w mieście. Można go aktualnie nabyć w niezwykle, jak na japoński rynek, pojemnym opakowaniu 90g oraz standardowym 40g. Jest bezzapachowy i zawiera m.in. kwas hialuronowy, kolagen oraz ekstrakt z prosa jerozolimskiego. 
http://www.kanebo-cosmetics.jp/allie/products/ 

Część druga już w tym tygodniu!

niedziela, 15 marca 2015

Liese Prettia Foam Color Dark Chocolat [recenzja + skład]

SKŁAD/INCI:
Środek koloryzujący/ Colouring agent:
Aktywne składniki/Active ingredients: p-Aminophenol, m-Aminophenol, Toluene-2,5-Diamine, Resorcinol, 2,4- Diaminophenoxyethanol HCl; Pozostałe składniki/Other ingredients: Water, C12-14 Pareth 12, Sodium Laureth Sulfate, Ethanolamine, Alcohol, Ammonium Hydroxide, Polyquaternium-22, Sodium Cocoyl Glutamate, Ammonium Chloride, Fragrance, Sodium Sulfite, Ascorbic Acid, Myristyl Alcohol, Sodium Hydroxide, Disodium EDTA, Sodium Benzoate, Sodium Hydroxide Solution, Royal Jelly Extract, Hydrolyzed Silk Solution, Rubus Idaeus (Raspberry) Extract, Butylene Glycol, Alcohol Denat.
Środek rozjaśniający/ Oxidising agent:
Aktywny składnik/ Active ingredient: Hydrogen Peroxide; Pozostałe składniki/ Other ingredients: Water, Steartrimonium Chloride, Ceteth-2, Propylene Glycol, PPG, Behenyl Alcohol, Cetyl Alcohol, Etidronic Acid, Lanolin Acid, Sodium Hydroxide Solution, Oxyquinoline Sulfate, Phosphoric Acid.
Odżywka do włosów/ Hair conditioner: Water, Stearyl Alcohol, Dimethicone, Stearoxy Propyl Dimethylamine, Dipropylene Glycol, Lactic Acid, Isopropyl Palmitate, Fragrance, Dipentaerythrityl Hexahydroxystearate/ Hexastearate/ Hexarosinate, Amodimethicone, Benzyl Alcohol, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Lanolin Acid, Hydroxyethylcellulose, Hydrogenated Castor Oil Hydroxystearate, Malic Acid, Jojoba Esters, Ceteareth-7, PEG-45M, Caramel, Ceteareth-25.

Przyszedł wreszcie czas na pierwszą z mojej strony recenzję farby Liese Prettia Foam Color. Już chyba nie raz wspominałam na blogu, jakim uwielbieniem darzę ten produkt - pomimo jego wad. Zawsze jednak byłam zbyt leniwa na robienie zdjęć "przed", "po" i "jak wypłukuje się kolor", tudzież o tym po prostu zapominałam. Najbardziej jednak chyba odstraszał mnie skład do przetłumaczenia - a właściwie 3, z osobna do każdego produktu. Nawet sobie chyba nie wyobrażacie, jak ciężko było mi przetłumaczyć składy tej farby!! A ile godzin nad tym spędziłam, to tylko ja wiem. Zazwyczaj tłumaczenie składów nie sprawia mi większych problemów, chociaż z japońskimi to nieraz niezła zabawa w kotka i myszkę. Mimo wszystko myślałam, że arkana japońskich składów mam już zgłębione i nic mi nie straszne ale... się troszkę przeliczyłam. W tym przypadku, mając do czynienia z chemikaliami niespotykanymi na co dzień w normalnych kosmetykach typu krem do twarzy, było naprawdę ciężko czegokolwiek się doszukać. I te ich japońskie nazwy własne zamiast międzynarodowej nomenklatury, a do tego nawet po kilka wersji nazw jednego, tego samego składnika...! Ale wreszcie dałam radę, przebrnęłam i dzięki temu możecie się dowiedzieć, co w farbie siedzi ;)

Dlaczego tak lubię Liese? Farba podbiła moje serce głównie tym, że daje mi możliwość szybkiej i całkowicie bezproblemowej zmiany koloru włosów na o wiele jaśniejszy od mojego naturalnego. Mój naturalny kolor to coś, co określiłabym jako ciemna, gorzka czekolada. W skali fryzjerskiej chyba 5, nie pamiętam. Odcień niebrzydki ale nadszedł kiedyś moment, że mi się znudził i zapragnęłam popróbować różnych kolorów, pókim młoda i jeszcze nie wyglądam dziwnie z pomarańczowymi włosami na głowie ;p Zanim zaczęłam wariacje z Liese, przez ok. 2 lata wywalałam mnóstwo pieniędzy na koloryzację profesjonalnymi farbami u fryzjera - na brązy na tym samym poziomie koloru. Któregoś razu napomknęłam mojej fryzjerce, że chciałabym jaśniejszy odcień. Na co ta roztoczyła przede mną "wspaniałą" wizję dekoloryzacji lub rozjaśniania - do wyboru, co kto lubi. "A....to jak będę miała odrosty, to za każdym razem cała zabawa będzie od nowa...?", pytam, i słyszę "tak" w odpowiedzi. Od razu wiedziałam, że tędy nie pójdę bo od dawna mam problem z wypadaniem włosów i suchymi końcami, a tu jeszcze miałabym im fundować taką masakrę...? Dziękuję, postoję.
Mniej więcej w tym czasie dowiedziałam się o Liese i czym prędzej zamówiłam swoje opakowanie na ebay. 
Czasami czytam komentarze na polskich blogach pod postami o tej farbie typu: "podziwiam za odwagę, ja bym się bała tej farby użyć", albo: "ta farba wydaje się być idealnym rozwiązaniem dla mnie ale bałabym się jej użyć" i nie rozumiem, czego się tak kobitki boją. Że farba ugryzie? Że włosy wyjdą na zielono? Serio? Mam wrażenie, że tylko przez to, że farba jest z Azji (tak daleko, z jakiegoś dzikiego kraju... ;))) ) wiele osób nie wiadomo co sobie wyobraża na jej temat, zupełnie tak, jakby nie była po prostu kolejną farbą, jakich w Europie mamy wiele.
Wracając do tematu. 
Kolejna rzecz, którą uwielbiam w Liese to naturalnie wyglądające odcienie (oczywiście nie wszystkie, chodzi mi tu głównie o brązy). Do szału doprowadzało mnie to, że wszystkie fryzjerskie brązy miały nienaturalny czerwony podton i do takiego się wypłukiwały; z kolei te, które go nie miały, były zimne, a takich nie lubię. Niedawno pani w drogerii Hebe próbowała mi z rozpędu wcisnąć przy kasie coś do farbowanych włosów i się trochę zmieszała, jak spojrzała na moją grzywę, po czym stwierdziła: "wydaje mi się, że pani włosy są naturalne, taki ładny kolor, ale mimo wszystko polecam nasz produkt XYZ, który [blablabla]" :D Nie powiem, miałam ubaw. 
Jeśli chcecie przejrzeć całą gamę kolorów, to TUTAJ opisałam całą japońską linię, natomiast TUTAJ możecie zobaczyć kolory na resztę Azji.  

Dzisiaj zajmę się odcieniem Dark Chocolat (tak, Chocolat a nie Chocolate) z japońskiej linii kolorystycznej. Wiem jednak, że identyczny odcień znajduje się również w wersji na Azję Płd.-Wsch., pod tą samą nazwą. Tam jednak farba występuje pod nazwą Liese Creamy Bubble Color. Farba jest kolejnym produktem, którego otrzymałam do recenzji dzięki współpracy z Berdever - ale muszę zaznaczyć, że używam jej regularnie od dawna (tzn. od 2 lat), dlatego napiszę też o swoich ogólnych wrażeniach.

Jest to moim zdaniem najładniejszy odcień brązu z tejże gamy - wyraźnie czekoladowy, głęboki, ciepły.




Zaznaczona jedna kuleczka oznacza, że jest to jeden z najciemniejszych dostępnych odcieni w ofercie.
A oto, co znaleźć można w opakowaniu (wybaczcie kiepskiej jakości zdjęcia z telefonu):

Ta duża buteleczka z nr. 2 to środek rozjaśniający z wodą utlenioną. Buteleczka nr. 1 to środek koloryzujący. Różowo-srebrna saszetka po lewej to odżywka - starcza na 2 użycia ale ja jej raczej nie stosuję bo to taka typowa bomba silikonowa i ani trochę nie nawilża. Saszetki lądują więc w kącie i czekają na lepsze czasy typu wyjazd, kiedy to zabieram je sobą, zamiast dźwigać pełne opakowania. Do tego mamy jeszcze taką różowy aplikator na buteleczkę nr. 2, którego nakładamy po wymieszaniu farby i rozjaśniacza, rękawiczki oraz ulotkę (w tym przypadku wyłącznie po japońsku ale w wersji na resztę Azji jest po chińsku i angielsku).
Z doświadczenia mogę powiedzieć, że jeśli nie zastosujecie się ściśle do instrukcji, to efekt nie będzie taki, jaki być powinien. Przede wszystkim farba powinna stać w pomieszczeniu o temperaturze 20-30°C co najmniej godzinę przez rozpoczęciem farbowania. 
W instrukcji napisane też jest, że farbowanie powinno odbywać się w pomieszczeniu ciepłym, a jednocześnie dobrze wietrzonym. Wydaje mi się, że tego produktu chyba najlepiej używa się w krajach typu Singapur - no bo skąd mam w Polsce wytrzasnąć ciepło i powiew świeżego powietrza w mieszkaniu jednocześnie, poza porą lata (i to pod warunkiem, że jest upalne)?  Zimą jeszcze pół biedy, u mnie kaloryfery są zawsze na maksa, a łazienka to najcieplejsze pomieszczenie w całym domu. Gorzej z przewietrzeniem, bo jak tylko choćby uchylę drzwi, to robi się wyraźnie chłodniej. Dlatego zazwyczaj po prostu je zamykam i duszę się oparami - a te akurat są wyjątkowo mocne. To jedna z wad tej farby. Najgorzej jest wiosną i jesienią, kiedy jeszcze/już jest chłodno w mieszkaniu, a już/jeszcze nie grzeją/nie jest ciepło. Wtedy niestety farba nie pokrywa siwych włosów w 100%. Żeby było jasne - kolor wychodzi tak samo dobrze bez względu na porę roku, tylko po prostu nie pokrywa wszystkich siwych włosów, kiedy pomieszczenie, w którym przeprowadzamy koloryzację jest chłodne. Mimo wszystko nie zraża mnie to, bo zalety jak dla mnie przeważają nad wadami. 
Jedną z kolejnych zalet jest choćby łatwość stosowania. Mam zerowe doświadczenie w mazianiu pędzlem po włosach i na razie nie chce mi się tego uczyć, a tu? Wystarczy nanieść piankę i gotowe. W tym wypadku mamy jednak kolejną wadę-przeciwwagę: jak bez pędzla, to kolor może nie zostać równomiernie rozprowadzony. Prawda, zdarzyło mi się tak. Ale, jak w każdym przypadku, i tu pomaga doświadczenie. Kiedy już się obeznałam z tą metodą i wiedziałam, ile farby przeznaczyć na każdą część włosów, przestało to dla mnie być problemem. A nawet, jeśli czasem jeszcze zdarzy się, że farba nierówno "chwyci" to jest to raczej gradientowy i naturalny efekt, który mi się akurat podoba. 

Według instrukcji farbowanie należy wykonać dzień po ostatnim myciu włosów; można też tego samego dnia, w którym się je umyło - pod warunkiem, że są całkowicie suche. Ja przed farbowaniem myję je tylko szamponem, nie nakładam żadnych odżywek, żeby silikony nie utrudniały wniknięcia barwnika. Przed  rozpoczęciem farbowania należy sobie oczywiście przygotować gazety do rozłożenia na podłodze i jakiś fartuszek na ciuchy albo stary ręcznik do zarzucenia na ramiona. Oprócz tego dobrze mieć w pogotowiu waciki, płyn do demakijażu - do szybkiego usunięcia przypadkowego chlapnięcia farbą ze skóry czy innych powierzchni - no i tłusty krem, do posmarowania skóry wzdłuż linii czoła, karku oraz uszu, zanim rozpoczniemy farbowanie. Jeśli wszystko gotowe, to należy przejść do wymieszania koloru z rozjaśniaczem.
Przy okazji - rękawiczki dołączone do zestawu są naprawdę dobrej jakości.



Instrukcja podaje, że następnie należy kilka razy przechylić butelkę o 180 stopni w każdą stronę na zmianę, aby wymieszać farbę - ale moim zdaniem to o wiele za mało. Mi całkowite jej wymieszanie zajmuje jakieś 3 minuty. Potem zdejmujemy białą nakrętkę i zakładamy różowy aplikator. Wystarczy ścisnąć butelkę, żeby wyszła piana.

Podczas nakładania farby na głowę bardzo ważne jest, aby na włosach cały czas utrzymywała się piana - nie należy dopuścić do jej zniknięcia, gdyż kolor może wyjść słabiej, niż powinien. Dlatego trzeba co chwilę na to zwracać uwagę i ewentualnie nanosić więcej piany w razie potrzeby. Z tego też względu należy zostawić trochę produktu na dnie butelki, gdyż po zakończeniu farbowania trzeba będzie dodawać pianę tu i ówdzie, gdy czekamy, aż minie wyznaczony czas działania. Im cieplej w pomieszczeniu, tym więcej piany się wytwarza i tym dłużej utrzymuje się ona na włosach. 
Instrukcja podaje, żeby trzymać produkt na włosach 20-30 minut ale ja z uwagi na kilkanaście siwych włosów tu i ówdzie (w tej kwestii akurat złe geny odziedziczyłam ;( ) trzymam zawsze 45-50 minut. Nic mi się nigdy złego z włosami po tej farbie nie dzieje - a wręcz są niesamowicie gładkie, miękkie i lejące podczas mycia, jak po żadnej odżywce. Chyba nawet odżywia aż za bardzo, bo zawsze przez pierwszy tydzień po farbowaniu trochę szybciej mi się włosy przetłuszczają i są aż zbyt gładkie, jak na mój gust. Liese Prettia moim zdaniem jest łagodna, podczas farbowania nie czuję jakiegokolwiek pieczenia skóry głowy. 

A efekty w przypadku tego odcienia u mnie są takie:
Światło dzienne, flesz.

Światło dzienne, flesz.
Naturalne światło dzienne.
Naturalne światło dzienne.

Jeśli chodzi o trwałość, to Liese Prettia zaczyna się wypłukiwać po ok. 1~1.5 miesiąca. Używam profesjonalnych szamponów do włosów farbowanych, więc nie gwarantuję identycznej trwałości, jeśli nie będziecie robić tego samego. Kolor świetnie "chwyta" na włosach nie potraktowanych wcześniej żadną farbą. Co do fragmentów zrobionych uprzednio farbą fryzjerską, to Liese je tylko na jakiś czas przykrywa; kolor w tych miejscach po prostu wypłukuje się szybciej w porównaniu do reszty. Od czasu, kiedy ostatni raz poszłam do fryzjera farbować, odrosła mi już ponad połowa długości włosów, więc nie mam z tym problemu. To chyba było by na tyle... Jeśli chcecie zobaczyć, z jaką łatwością Liese zmienia kolor taki, jak mój na zdecydowanie jaśniejszy - wyczekujcie kolejnej recenzji farby za jakiś czas :)

Farbę możecie nabyć u Berdever TUTAJ. 

niedziela, 1 marca 2015

Juju Aquamoist Jyunmitsu Moisturizing Lotion (Moist type) [recenzja+skład]

SKŁAD/INCI: Water, Glycerin, Dipropylene Glycol, Alcohol Denat., Sodium Hyaluronate, Hydrolyzed Hyaluronic Acid, Hydroxypropyltrimonium Hyaluronate, PEG-20 Sorbitan Isostearate, Sodium Citrate, Carbomer, Ethylhexylglycerin, Hydroxyethylcellulose, Citric Acid, Phenoxyethanol, Methyparaben.

Nie bijcie kijami :p - wiem, dłuższą chwilę mnie nie było ale jak zwykle winny temu natłok obowiązków - praca niestety ważniejsza, więc musiałam na moment przystopować - ale już jestem z powrotem. Tęskniłam za pisaniem! Oby udało mi się zachować jako-taką regularność w zamieszczaniu postów.
A tymczasem bohaterem dzisiejszego dnia jest tonik z kwasem hialuronowym, którego używałam przez 2 ostatnie połówki zim. 
Połówki, ponieważ kupiłam go w lutym 2014, a zanim zdążyłam go zużyć, nadeszła wiosna i stał się dla mnie zbyt treściwy/ gęsty w użyciu - więc poszedł do szuflady, gdzie przeleżał kilka miesięcy do listopada. Wtedy to sobie o nim przypomniałam i zużyłam już do końca.  

Główną cechą produktu jest to, że zawiera aż 3 typy kwasu hialuronowego. Po tym, jak producenci ulepszyli jego skład właśnie w ten sposób w 2013r., lotion uplasował się na 1. miejscu prestiżowego, co-półrocznego rankingu bardzo wpływowego japońskiego portalu o kosmetykach, cosme. Mając bardzo pozytywne doświadczenia z innym lotionem Juju z serii wybielającej (to zresztą jeden z moich faworytów), kliknęłam na Moisture Lotion w nadziei, że pomoże dogłębnie nawilżyć moją cerę w ekstremalnie suchym sezonie zimowym.
Taka mała dygresja i lekkie odbiegnięcie od tematu [jak komuś się nie chce, to nie musi czytać ;p] :
Jak bardzo ekstremalnie sucha potrafi być w Polsce zima, przekonałam się, gdy wreszcie 2 miesiące temu kupiłam higrometr. Od mniej więcej listopada zaczęłam mieć problemy z głosem, z okropnie suchym gardłem powodującym u mnie napady kaszlu, o wysuszonej skórze i włosach nie wspominając. Typowy, coroczny, 5-miesięczny scenariusz. Tym razem jednak stwierdziłam, że mam tego dość i w ogóle dlaczego się tak męczę, zamiast kupić nawilżacz powietrza. Zaczęłam czytać o różnych typach nawilżaczy, a w międzyczasie kupiłam ten higrometr. I co się okazało? Komfortowy przedział wilgotności dla człowieka to, wg. różnych źródeł, od 40% lub 45% do 60%. W samolotach jest ok. 30%. A u mnie w domu w najgorszym okresie było......23%. Na 20% kończy się skala w urządzeniu -_- Ale im więcej zaczęłam czytać o nawilżaczach, tym bardziej głowa mnie bolała - trzeba wybrać typ; oprócz tego najlepiej często go odkamieniać bo rzekomo kamień osiada na wszystkim w pokoju razem z parą; może także powodować grzyb w domu, jeśli się przesadzi. Akurat tak się w tym czasie złożyło, że robiłam zakupy na stronie Yesstyle, gdzie przy okazji natrafiłam na taki oto uroczy mini-nawilżacz.


To nie jest nawilżacz "z prawdziwego zdarzenia", a raczej urządzenie o wymiarach 7.3cm x 10cm, mające przynieść doraźną ulgę, którego można sobie postawić na biurku w domu czy w pracy. Nie wpłynął on ani trochę na zwiększenie poziomu wilgotności w całym pokoju - bo jest na to za mały - ale trzymanie go na biurku tuż przy twarzy przez większość dnia dało pozytywne efekty. Problemy z głosem i gardłem zniknęły, a moja skóra ma się lepiej. Teraz mamy wreszcie marzec, więc poziom wilgotności w powietrzu będzie stale rósł - aktualnie w moim pokoju jest 34% - ale piszę o tym bo może się takie urządzonko komuś przydać ;) Ja na pewno sprawię sobie pełnowymiarowy nawilżacz na przyszłą jesień, teraz mam kilka miesięcy na zebranie wystarczającej ilości informacji na ten temat, hehe.

No ale, wracając do samego kosmetyku ;D Wspomniałam o poziomie wilgotności w otoczeniu, gdyż ma ono ogromne znaczenie podczas stosowania kosmetyków, w których główną rolę odgrywa kwas hialuronowy. Kwas ten jest substancją higroskopijną, czyli przyciąga i gromadzi w skórze wilgoć z otoczenia. A co się dzieje, gdy powietrze nie jest wilgotne i kwas nie ma skąd przyciągać wody...? No cóż, gdy w tak suchym środowisku nałożymy na skórę lotion z tym składnikiem i zapomnimy o zastosowaniu jakiegokolwiek kosmetyku z emolientami zaraz po tej czynności, cały kwas hialuronowy zostanie "wyciągnięty" z naszej cery. W ten to sposób skóra staje się jeszcze gorzej sucha, niż była przedtem. Emolienty to składniki, które powlekają powierzchnię skóry warstwą ochronną i zatrzymują wilgoć w skórze; są nimi m.in. oleje, woski i masła roślinne, silikony, estry, itp. Dlatego po każdym zastosowaniu takiego lotionu pamiętajcie o użyciu kosmetyku typu emulsja czy krem! No i jak zapewne już wiecie, dodatkowe źródło nawilżania powietrza zdecydowanie pomaga utrzymać cerę w dobrym stanie jesienią i zimą. 

A oto Moisturizing Lotion.

To opakowanie niestety jest już nieaktualne, gdyż w 2015r. zmienili całkowicie szatę graficzną - aktualne jest na zdjęciu tytułowym.
"Oczywiście" musieli zmienić szatę graficzną opakowania, żeby moje zdjęcia były już nieco przeterminowane! Skład natomiast pozostał ten sam, tak więc moja recenzja ma wciąż rację bytu :-)
Lotion zamknięty jest w twardej, plastikowej butelce na zatrzask. Niestety, jakość zatrzasku pozostawia wiele do życzenia, gdyż w niecały miesiąc po zakupie ułamały się dwa z trzech fragmentów ją przytrzymujących, o:

Wciąż jednak żywię nadzieję, że reszta produktów Juju Aquamoist po zmianie opakowań nie charakteryzuje się równie słabą wytrzymałością... Niebieską część można też w całości odkręcić. 


W butelce znajduje się 200ml kosmetyku. Jest to dosyć gęsty (jak na produkt typu lotion) płyn - najbardziej gęsty lotion, z jakim się spotkałam. Pod kątem konsystencji określiłabym go także jako "śliska woda". Jest on przezroczysty i ma zapach typowy dla kosmetyków, w których jedynym znaczącym składnikiem jest kwas hialuronowy.


Moisturizing Lotion wchłania się wolniej, niż inne znane mi produkty tego typu - ale też jest zdecydowanie najmocniej nawilżający (przynajmniej z tych, których ja próbowałam). Jest tak bardzo nawilżający, że dla osób z tłustą cerą, nawet zimą, do używania w ciągu dnia się nie nadaje. Ja stosowałam go tylko na noc. Wchłania się praktycznie do całkowitego matu ale zostawia wyraźnie wyczuwalny pod palcami, nieco lepki film na skórze.


A teraz o działaniu.
Jak już wspomniałam, lotion bardzo dobrze nawilża skórę. Gdy wstawałam rano, cera była porządnie nawilżona, sprężysta, emanowała blaskiem i w ogóle wszystko cacy. Aż nagle miesiąc później wstaję sobie o poranku, patrzę w lustro, a tu cała twarz w zaskórnikach D: ! Chyba dosłownie nie było pora na mojej facjacie, który nie byłby zapchany do granic możliwości, bleeee. Zdziwiłam się bo niczego nowego od czasu lotionu do swojej pielęgnacji w tamtym momencie nie wprowadziłam. Następnego dnia rano - powtórka z rozrywki. Odstawiłam na próbę lotion i problem zniknął. Wróciłam do niego po kilku dniach - a wraz z nim wróciły zaskórniki. W tym momencie się już poddałam i wylądował w szufladzie. 
Byłam ciężko zdziwiona bo w końcu przez cały pierwszy miesiąc nie miałam z nim żadnych problemów. Jednak bez względu na zaskórniki Moisturizing Lotion i tak by wylądował w tamtym momencie w szafce, gdyż nastał wtedy koniec marca i powietrze zrobiło się na tyle wilgotne, że już nie potrzebowałam aż tak nawilżającego kosmetyku. Na tej podstawie stwierdzam, że lotion ten przyda się osobom z tłustą cerą jedynie późną jesienią i zimą, natomiast tym o cerze suchej przysłuży się prawdopodobnie bez względu na porę roku. 
Przypomniałam sobie o nim w listopadzie i wrócił do moich łask ;) Tym razem zużyłam niecałe pół butelki już do końca i żadnego kuku mi nie zrobił. Mimo tego raczej na pewno już do tego kosmetyku nie wrócę. Polecam natomiast do wypróbowania osobom o bardzo suchej cerze. 

Cena / Pojemność: 200ml/ 37zł;  
50ml /13zł (cena sugerowana przez producenta)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...