Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skład. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skład. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 marca 2015

Liese Prettia Foam Color Dark Chocolat [recenzja + skład]

SKŁAD/INCI:
Środek koloryzujący/ Colouring agent:
Aktywne składniki/Active ingredients: p-Aminophenol, m-Aminophenol, Toluene-2,5-Diamine, Resorcinol, 2,4- Diaminophenoxyethanol HCl; Pozostałe składniki/Other ingredients: Water, C12-14 Pareth 12, Sodium Laureth Sulfate, Ethanolamine, Alcohol, Ammonium Hydroxide, Polyquaternium-22, Sodium Cocoyl Glutamate, Ammonium Chloride, Fragrance, Sodium Sulfite, Ascorbic Acid, Myristyl Alcohol, Sodium Hydroxide, Disodium EDTA, Sodium Benzoate, Sodium Hydroxide Solution, Royal Jelly Extract, Hydrolyzed Silk Solution, Rubus Idaeus (Raspberry) Extract, Butylene Glycol, Alcohol Denat.
Środek rozjaśniający/ Oxidising agent:
Aktywny składnik/ Active ingredient: Hydrogen Peroxide; Pozostałe składniki/ Other ingredients: Water, Steartrimonium Chloride, Ceteth-2, Propylene Glycol, PPG, Behenyl Alcohol, Cetyl Alcohol, Etidronic Acid, Lanolin Acid, Sodium Hydroxide Solution, Oxyquinoline Sulfate, Phosphoric Acid.
Odżywka do włosów/ Hair conditioner: Water, Stearyl Alcohol, Dimethicone, Stearoxy Propyl Dimethylamine, Dipropylene Glycol, Lactic Acid, Isopropyl Palmitate, Fragrance, Dipentaerythrityl Hexahydroxystearate/ Hexastearate/ Hexarosinate, Amodimethicone, Benzyl Alcohol, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Lanolin Acid, Hydroxyethylcellulose, Hydrogenated Castor Oil Hydroxystearate, Malic Acid, Jojoba Esters, Ceteareth-7, PEG-45M, Caramel, Ceteareth-25.

Przyszedł wreszcie czas na pierwszą z mojej strony recenzję farby Liese Prettia Foam Color. Już chyba nie raz wspominałam na blogu, jakim uwielbieniem darzę ten produkt - pomimo jego wad. Zawsze jednak byłam zbyt leniwa na robienie zdjęć "przed", "po" i "jak wypłukuje się kolor", tudzież o tym po prostu zapominałam. Najbardziej jednak chyba odstraszał mnie skład do przetłumaczenia - a właściwie 3, z osobna do każdego produktu. Nawet sobie chyba nie wyobrażacie, jak ciężko było mi przetłumaczyć składy tej farby!! A ile godzin nad tym spędziłam, to tylko ja wiem. Zazwyczaj tłumaczenie składów nie sprawia mi większych problemów, chociaż z japońskimi to nieraz niezła zabawa w kotka i myszkę. Mimo wszystko myślałam, że arkana japońskich składów mam już zgłębione i nic mi nie straszne ale... się troszkę przeliczyłam. W tym przypadku, mając do czynienia z chemikaliami niespotykanymi na co dzień w normalnych kosmetykach typu krem do twarzy, było naprawdę ciężko czegokolwiek się doszukać. I te ich japońskie nazwy własne zamiast międzynarodowej nomenklatury, a do tego nawet po kilka wersji nazw jednego, tego samego składnika...! Ale wreszcie dałam radę, przebrnęłam i dzięki temu możecie się dowiedzieć, co w farbie siedzi ;)

Dlaczego tak lubię Liese? Farba podbiła moje serce głównie tym, że daje mi możliwość szybkiej i całkowicie bezproblemowej zmiany koloru włosów na o wiele jaśniejszy od mojego naturalnego. Mój naturalny kolor to coś, co określiłabym jako ciemna, gorzka czekolada. W skali fryzjerskiej chyba 5, nie pamiętam. Odcień niebrzydki ale nadszedł kiedyś moment, że mi się znudził i zapragnęłam popróbować różnych kolorów, pókim młoda i jeszcze nie wyglądam dziwnie z pomarańczowymi włosami na głowie ;p Zanim zaczęłam wariacje z Liese, przez ok. 2 lata wywalałam mnóstwo pieniędzy na koloryzację profesjonalnymi farbami u fryzjera - na brązy na tym samym poziomie koloru. Któregoś razu napomknęłam mojej fryzjerce, że chciałabym jaśniejszy odcień. Na co ta roztoczyła przede mną "wspaniałą" wizję dekoloryzacji lub rozjaśniania - do wyboru, co kto lubi. "A....to jak będę miała odrosty, to za każdym razem cała zabawa będzie od nowa...?", pytam, i słyszę "tak" w odpowiedzi. Od razu wiedziałam, że tędy nie pójdę bo od dawna mam problem z wypadaniem włosów i suchymi końcami, a tu jeszcze miałabym im fundować taką masakrę...? Dziękuję, postoję.
Mniej więcej w tym czasie dowiedziałam się o Liese i czym prędzej zamówiłam swoje opakowanie na ebay. 
Czasami czytam komentarze na polskich blogach pod postami o tej farbie typu: "podziwiam za odwagę, ja bym się bała tej farby użyć", albo: "ta farba wydaje się być idealnym rozwiązaniem dla mnie ale bałabym się jej użyć" i nie rozumiem, czego się tak kobitki boją. Że farba ugryzie? Że włosy wyjdą na zielono? Serio? Mam wrażenie, że tylko przez to, że farba jest z Azji (tak daleko, z jakiegoś dzikiego kraju... ;))) ) wiele osób nie wiadomo co sobie wyobraża na jej temat, zupełnie tak, jakby nie była po prostu kolejną farbą, jakich w Europie mamy wiele.
Wracając do tematu. 
Kolejna rzecz, którą uwielbiam w Liese to naturalnie wyglądające odcienie (oczywiście nie wszystkie, chodzi mi tu głównie o brązy). Do szału doprowadzało mnie to, że wszystkie fryzjerskie brązy miały nienaturalny czerwony podton i do takiego się wypłukiwały; z kolei te, które go nie miały, były zimne, a takich nie lubię. Niedawno pani w drogerii Hebe próbowała mi z rozpędu wcisnąć przy kasie coś do farbowanych włosów i się trochę zmieszała, jak spojrzała na moją grzywę, po czym stwierdziła: "wydaje mi się, że pani włosy są naturalne, taki ładny kolor, ale mimo wszystko polecam nasz produkt XYZ, który [blablabla]" :D Nie powiem, miałam ubaw. 
Jeśli chcecie przejrzeć całą gamę kolorów, to TUTAJ opisałam całą japońską linię, natomiast TUTAJ możecie zobaczyć kolory na resztę Azji.  

Dzisiaj zajmę się odcieniem Dark Chocolat (tak, Chocolat a nie Chocolate) z japońskiej linii kolorystycznej. Wiem jednak, że identyczny odcień znajduje się również w wersji na Azję Płd.-Wsch., pod tą samą nazwą. Tam jednak farba występuje pod nazwą Liese Creamy Bubble Color. Farba jest kolejnym produktem, którego otrzymałam do recenzji dzięki współpracy z Berdever - ale muszę zaznaczyć, że używam jej regularnie od dawna (tzn. od 2 lat), dlatego napiszę też o swoich ogólnych wrażeniach.

Jest to moim zdaniem najładniejszy odcień brązu z tejże gamy - wyraźnie czekoladowy, głęboki, ciepły.




Zaznaczona jedna kuleczka oznacza, że jest to jeden z najciemniejszych dostępnych odcieni w ofercie.
A oto, co znaleźć można w opakowaniu (wybaczcie kiepskiej jakości zdjęcia z telefonu):

Ta duża buteleczka z nr. 2 to środek rozjaśniający z wodą utlenioną. Buteleczka nr. 1 to środek koloryzujący. Różowo-srebrna saszetka po lewej to odżywka - starcza na 2 użycia ale ja jej raczej nie stosuję bo to taka typowa bomba silikonowa i ani trochę nie nawilża. Saszetki lądują więc w kącie i czekają na lepsze czasy typu wyjazd, kiedy to zabieram je sobą, zamiast dźwigać pełne opakowania. Do tego mamy jeszcze taką różowy aplikator na buteleczkę nr. 2, którego nakładamy po wymieszaniu farby i rozjaśniacza, rękawiczki oraz ulotkę (w tym przypadku wyłącznie po japońsku ale w wersji na resztę Azji jest po chińsku i angielsku).
Z doświadczenia mogę powiedzieć, że jeśli nie zastosujecie się ściśle do instrukcji, to efekt nie będzie taki, jaki być powinien. Przede wszystkim farba powinna stać w pomieszczeniu o temperaturze 20-30°C co najmniej godzinę przez rozpoczęciem farbowania. 
W instrukcji napisane też jest, że farbowanie powinno odbywać się w pomieszczeniu ciepłym, a jednocześnie dobrze wietrzonym. Wydaje mi się, że tego produktu chyba najlepiej używa się w krajach typu Singapur - no bo skąd mam w Polsce wytrzasnąć ciepło i powiew świeżego powietrza w mieszkaniu jednocześnie, poza porą lata (i to pod warunkiem, że jest upalne)?  Zimą jeszcze pół biedy, u mnie kaloryfery są zawsze na maksa, a łazienka to najcieplejsze pomieszczenie w całym domu. Gorzej z przewietrzeniem, bo jak tylko choćby uchylę drzwi, to robi się wyraźnie chłodniej. Dlatego zazwyczaj po prostu je zamykam i duszę się oparami - a te akurat są wyjątkowo mocne. To jedna z wad tej farby. Najgorzej jest wiosną i jesienią, kiedy jeszcze/już jest chłodno w mieszkaniu, a już/jeszcze nie grzeją/nie jest ciepło. Wtedy niestety farba nie pokrywa siwych włosów w 100%. Żeby było jasne - kolor wychodzi tak samo dobrze bez względu na porę roku, tylko po prostu nie pokrywa wszystkich siwych włosów, kiedy pomieszczenie, w którym przeprowadzamy koloryzację jest chłodne. Mimo wszystko nie zraża mnie to, bo zalety jak dla mnie przeważają nad wadami. 
Jedną z kolejnych zalet jest choćby łatwość stosowania. Mam zerowe doświadczenie w mazianiu pędzlem po włosach i na razie nie chce mi się tego uczyć, a tu? Wystarczy nanieść piankę i gotowe. W tym wypadku mamy jednak kolejną wadę-przeciwwagę: jak bez pędzla, to kolor może nie zostać równomiernie rozprowadzony. Prawda, zdarzyło mi się tak. Ale, jak w każdym przypadku, i tu pomaga doświadczenie. Kiedy już się obeznałam z tą metodą i wiedziałam, ile farby przeznaczyć na każdą część włosów, przestało to dla mnie być problemem. A nawet, jeśli czasem jeszcze zdarzy się, że farba nierówno "chwyci" to jest to raczej gradientowy i naturalny efekt, który mi się akurat podoba. 

Według instrukcji farbowanie należy wykonać dzień po ostatnim myciu włosów; można też tego samego dnia, w którym się je umyło - pod warunkiem, że są całkowicie suche. Ja przed farbowaniem myję je tylko szamponem, nie nakładam żadnych odżywek, żeby silikony nie utrudniały wniknięcia barwnika. Przed  rozpoczęciem farbowania należy sobie oczywiście przygotować gazety do rozłożenia na podłodze i jakiś fartuszek na ciuchy albo stary ręcznik do zarzucenia na ramiona. Oprócz tego dobrze mieć w pogotowiu waciki, płyn do demakijażu - do szybkiego usunięcia przypadkowego chlapnięcia farbą ze skóry czy innych powierzchni - no i tłusty krem, do posmarowania skóry wzdłuż linii czoła, karku oraz uszu, zanim rozpoczniemy farbowanie. Jeśli wszystko gotowe, to należy przejść do wymieszania koloru z rozjaśniaczem.
Przy okazji - rękawiczki dołączone do zestawu są naprawdę dobrej jakości.



Instrukcja podaje, że następnie należy kilka razy przechylić butelkę o 180 stopni w każdą stronę na zmianę, aby wymieszać farbę - ale moim zdaniem to o wiele za mało. Mi całkowite jej wymieszanie zajmuje jakieś 3 minuty. Potem zdejmujemy białą nakrętkę i zakładamy różowy aplikator. Wystarczy ścisnąć butelkę, żeby wyszła piana.

Podczas nakładania farby na głowę bardzo ważne jest, aby na włosach cały czas utrzymywała się piana - nie należy dopuścić do jej zniknięcia, gdyż kolor może wyjść słabiej, niż powinien. Dlatego trzeba co chwilę na to zwracać uwagę i ewentualnie nanosić więcej piany w razie potrzeby. Z tego też względu należy zostawić trochę produktu na dnie butelki, gdyż po zakończeniu farbowania trzeba będzie dodawać pianę tu i ówdzie, gdy czekamy, aż minie wyznaczony czas działania. Im cieplej w pomieszczeniu, tym więcej piany się wytwarza i tym dłużej utrzymuje się ona na włosach. 
Instrukcja podaje, żeby trzymać produkt na włosach 20-30 minut ale ja z uwagi na kilkanaście siwych włosów tu i ówdzie (w tej kwestii akurat złe geny odziedziczyłam ;( ) trzymam zawsze 45-50 minut. Nic mi się nigdy złego z włosami po tej farbie nie dzieje - a wręcz są niesamowicie gładkie, miękkie i lejące podczas mycia, jak po żadnej odżywce. Chyba nawet odżywia aż za bardzo, bo zawsze przez pierwszy tydzień po farbowaniu trochę szybciej mi się włosy przetłuszczają i są aż zbyt gładkie, jak na mój gust. Liese Prettia moim zdaniem jest łagodna, podczas farbowania nie czuję jakiegokolwiek pieczenia skóry głowy. 

A efekty w przypadku tego odcienia u mnie są takie:
Światło dzienne, flesz.

Światło dzienne, flesz.
Naturalne światło dzienne.
Naturalne światło dzienne.

Jeśli chodzi o trwałość, to Liese Prettia zaczyna się wypłukiwać po ok. 1~1.5 miesiąca. Używam profesjonalnych szamponów do włosów farbowanych, więc nie gwarantuję identycznej trwałości, jeśli nie będziecie robić tego samego. Kolor świetnie "chwyta" na włosach nie potraktowanych wcześniej żadną farbą. Co do fragmentów zrobionych uprzednio farbą fryzjerską, to Liese je tylko na jakiś czas przykrywa; kolor w tych miejscach po prostu wypłukuje się szybciej w porównaniu do reszty. Od czasu, kiedy ostatni raz poszłam do fryzjera farbować, odrosła mi już ponad połowa długości włosów, więc nie mam z tym problemu. To chyba było by na tyle... Jeśli chcecie zobaczyć, z jaką łatwością Liese zmienia kolor taki, jak mój na zdecydowanie jaśniejszy - wyczekujcie kolejnej recenzji farby za jakiś czas :)

Farbę możecie nabyć u Berdever TUTAJ. 

niedziela, 1 marca 2015

Juju Aquamoist Jyunmitsu Moisturizing Lotion (Moist type) [recenzja+skład]

SKŁAD/INCI: Water, Glycerin, Dipropylene Glycol, Alcohol Denat., Sodium Hyaluronate, Hydrolyzed Hyaluronic Acid, Hydroxypropyltrimonium Hyaluronate, PEG-20 Sorbitan Isostearate, Sodium Citrate, Carbomer, Ethylhexylglycerin, Hydroxyethylcellulose, Citric Acid, Phenoxyethanol, Methyparaben.

Nie bijcie kijami :p - wiem, dłuższą chwilę mnie nie było ale jak zwykle winny temu natłok obowiązków - praca niestety ważniejsza, więc musiałam na moment przystopować - ale już jestem z powrotem. Tęskniłam za pisaniem! Oby udało mi się zachować jako-taką regularność w zamieszczaniu postów.
A tymczasem bohaterem dzisiejszego dnia jest tonik z kwasem hialuronowym, którego używałam przez 2 ostatnie połówki zim. 
Połówki, ponieważ kupiłam go w lutym 2014, a zanim zdążyłam go zużyć, nadeszła wiosna i stał się dla mnie zbyt treściwy/ gęsty w użyciu - więc poszedł do szuflady, gdzie przeleżał kilka miesięcy do listopada. Wtedy to sobie o nim przypomniałam i zużyłam już do końca.  

Główną cechą produktu jest to, że zawiera aż 3 typy kwasu hialuronowego. Po tym, jak producenci ulepszyli jego skład właśnie w ten sposób w 2013r., lotion uplasował się na 1. miejscu prestiżowego, co-półrocznego rankingu bardzo wpływowego japońskiego portalu o kosmetykach, cosme. Mając bardzo pozytywne doświadczenia z innym lotionem Juju z serii wybielającej (to zresztą jeden z moich faworytów), kliknęłam na Moisture Lotion w nadziei, że pomoże dogłębnie nawilżyć moją cerę w ekstremalnie suchym sezonie zimowym.
Taka mała dygresja i lekkie odbiegnięcie od tematu [jak komuś się nie chce, to nie musi czytać ;p] :
Jak bardzo ekstremalnie sucha potrafi być w Polsce zima, przekonałam się, gdy wreszcie 2 miesiące temu kupiłam higrometr. Od mniej więcej listopada zaczęłam mieć problemy z głosem, z okropnie suchym gardłem powodującym u mnie napady kaszlu, o wysuszonej skórze i włosach nie wspominając. Typowy, coroczny, 5-miesięczny scenariusz. Tym razem jednak stwierdziłam, że mam tego dość i w ogóle dlaczego się tak męczę, zamiast kupić nawilżacz powietrza. Zaczęłam czytać o różnych typach nawilżaczy, a w międzyczasie kupiłam ten higrometr. I co się okazało? Komfortowy przedział wilgotności dla człowieka to, wg. różnych źródeł, od 40% lub 45% do 60%. W samolotach jest ok. 30%. A u mnie w domu w najgorszym okresie było......23%. Na 20% kończy się skala w urządzeniu -_- Ale im więcej zaczęłam czytać o nawilżaczach, tym bardziej głowa mnie bolała - trzeba wybrać typ; oprócz tego najlepiej często go odkamieniać bo rzekomo kamień osiada na wszystkim w pokoju razem z parą; może także powodować grzyb w domu, jeśli się przesadzi. Akurat tak się w tym czasie złożyło, że robiłam zakupy na stronie Yesstyle, gdzie przy okazji natrafiłam na taki oto uroczy mini-nawilżacz.


To nie jest nawilżacz "z prawdziwego zdarzenia", a raczej urządzenie o wymiarach 7.3cm x 10cm, mające przynieść doraźną ulgę, którego można sobie postawić na biurku w domu czy w pracy. Nie wpłynął on ani trochę na zwiększenie poziomu wilgotności w całym pokoju - bo jest na to za mały - ale trzymanie go na biurku tuż przy twarzy przez większość dnia dało pozytywne efekty. Problemy z głosem i gardłem zniknęły, a moja skóra ma się lepiej. Teraz mamy wreszcie marzec, więc poziom wilgotności w powietrzu będzie stale rósł - aktualnie w moim pokoju jest 34% - ale piszę o tym bo może się takie urządzonko komuś przydać ;) Ja na pewno sprawię sobie pełnowymiarowy nawilżacz na przyszłą jesień, teraz mam kilka miesięcy na zebranie wystarczającej ilości informacji na ten temat, hehe.

No ale, wracając do samego kosmetyku ;D Wspomniałam o poziomie wilgotności w otoczeniu, gdyż ma ono ogromne znaczenie podczas stosowania kosmetyków, w których główną rolę odgrywa kwas hialuronowy. Kwas ten jest substancją higroskopijną, czyli przyciąga i gromadzi w skórze wilgoć z otoczenia. A co się dzieje, gdy powietrze nie jest wilgotne i kwas nie ma skąd przyciągać wody...? No cóż, gdy w tak suchym środowisku nałożymy na skórę lotion z tym składnikiem i zapomnimy o zastosowaniu jakiegokolwiek kosmetyku z emolientami zaraz po tej czynności, cały kwas hialuronowy zostanie "wyciągnięty" z naszej cery. W ten to sposób skóra staje się jeszcze gorzej sucha, niż była przedtem. Emolienty to składniki, które powlekają powierzchnię skóry warstwą ochronną i zatrzymują wilgoć w skórze; są nimi m.in. oleje, woski i masła roślinne, silikony, estry, itp. Dlatego po każdym zastosowaniu takiego lotionu pamiętajcie o użyciu kosmetyku typu emulsja czy krem! No i jak zapewne już wiecie, dodatkowe źródło nawilżania powietrza zdecydowanie pomaga utrzymać cerę w dobrym stanie jesienią i zimą. 

A oto Moisturizing Lotion.

To opakowanie niestety jest już nieaktualne, gdyż w 2015r. zmienili całkowicie szatę graficzną - aktualne jest na zdjęciu tytułowym.
"Oczywiście" musieli zmienić szatę graficzną opakowania, żeby moje zdjęcia były już nieco przeterminowane! Skład natomiast pozostał ten sam, tak więc moja recenzja ma wciąż rację bytu :-)
Lotion zamknięty jest w twardej, plastikowej butelce na zatrzask. Niestety, jakość zatrzasku pozostawia wiele do życzenia, gdyż w niecały miesiąc po zakupie ułamały się dwa z trzech fragmentów ją przytrzymujących, o:

Wciąż jednak żywię nadzieję, że reszta produktów Juju Aquamoist po zmianie opakowań nie charakteryzuje się równie słabą wytrzymałością... Niebieską część można też w całości odkręcić. 


W butelce znajduje się 200ml kosmetyku. Jest to dosyć gęsty (jak na produkt typu lotion) płyn - najbardziej gęsty lotion, z jakim się spotkałam. Pod kątem konsystencji określiłabym go także jako "śliska woda". Jest on przezroczysty i ma zapach typowy dla kosmetyków, w których jedynym znaczącym składnikiem jest kwas hialuronowy.


Moisturizing Lotion wchłania się wolniej, niż inne znane mi produkty tego typu - ale też jest zdecydowanie najmocniej nawilżający (przynajmniej z tych, których ja próbowałam). Jest tak bardzo nawilżający, że dla osób z tłustą cerą, nawet zimą, do używania w ciągu dnia się nie nadaje. Ja stosowałam go tylko na noc. Wchłania się praktycznie do całkowitego matu ale zostawia wyraźnie wyczuwalny pod palcami, nieco lepki film na skórze.


A teraz o działaniu.
Jak już wspomniałam, lotion bardzo dobrze nawilża skórę. Gdy wstawałam rano, cera była porządnie nawilżona, sprężysta, emanowała blaskiem i w ogóle wszystko cacy. Aż nagle miesiąc później wstaję sobie o poranku, patrzę w lustro, a tu cała twarz w zaskórnikach D: ! Chyba dosłownie nie było pora na mojej facjacie, który nie byłby zapchany do granic możliwości, bleeee. Zdziwiłam się bo niczego nowego od czasu lotionu do swojej pielęgnacji w tamtym momencie nie wprowadziłam. Następnego dnia rano - powtórka z rozrywki. Odstawiłam na próbę lotion i problem zniknął. Wróciłam do niego po kilku dniach - a wraz z nim wróciły zaskórniki. W tym momencie się już poddałam i wylądował w szufladzie. 
Byłam ciężko zdziwiona bo w końcu przez cały pierwszy miesiąc nie miałam z nim żadnych problemów. Jednak bez względu na zaskórniki Moisturizing Lotion i tak by wylądował w tamtym momencie w szafce, gdyż nastał wtedy koniec marca i powietrze zrobiło się na tyle wilgotne, że już nie potrzebowałam aż tak nawilżającego kosmetyku. Na tej podstawie stwierdzam, że lotion ten przyda się osobom z tłustą cerą jedynie późną jesienią i zimą, natomiast tym o cerze suchej przysłuży się prawdopodobnie bez względu na porę roku. 
Przypomniałam sobie o nim w listopadzie i wrócił do moich łask ;) Tym razem zużyłam niecałe pół butelki już do końca i żadnego kuku mi nie zrobił. Mimo tego raczej na pewno już do tego kosmetyku nie wrócę. Polecam natomiast do wypróbowania osobom o bardzo suchej cerze. 

Cena / Pojemność: 200ml/ 37zł;  
50ml /13zł (cena sugerowana przez producenta)

czwartek, 22 stycznia 2015

Shu Uemura Porefinist Anti-Shine Fresh Cleansing Oil [recenzja+skład]

SKŁAD/INCI: Ethylhexyl Palmitate, Isopropyl Myristate, Caprylic/Capric Triglyceride, Polyglyceryl-6 Dicaprate, Dicaprylyl Carbonate, Polyglyceryl-10 Dioleate, Phenoxyethanol, Polybutene, Polyglyceryl-2 Oleate, Dicaprylyl Ether, Tocopherol, Squalane, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Oil, Menthoxypropanediol, Carthamus Tinctorius (Safflower) Oil, Capryloyl Salicylic Acid, Propylene Glycol, Capryloyl Glycine, Sarcosine, Prunus Cerasus (Wild Cherry) Extract, Cinnamomum Zeylanicum (Ceylon Cinnamon) Extract, Prunus Yedoensis (Yoshino Cherry) Leaf Extract, Parfum.

Według azjatyckiego podejścia do pielęgnacji cery porządne oczyszczanie twarzy to absolutna podstawa. Jeśli skóra nie jest dogłębnie oczyszczona, nie będzie wchłaniała dobroczynnych składników z kosmetyków tak dobrze, jakby mogła. Poza tym nie muszę chyba nikomu tłumaczyć, że zalegający brud, pot i sebum powodują zapchanie porów i powstanie zaskórników, co szczególnie łatwo przychodzi osobom z tłustą czy mieszaną cerą.  Przyczynia się to choćby do utraty blasku czy przejrzystości - cera wygląda na zmęczoną i ziemistą. Według cytatu ze strony Shu, którego autorem jest Kakuyasu Uchiide (ich międzynarodowy dyrektor artystyczny), "Oczyszczanie to pierwszy krok do posiadania cery w najlepszym możliwym stanie; jest on niezbędną częścią makijażu" [luźne tłumaczenie]. Panu chodzi o to, że żaden makijaż nie wygląda ładnie, gdy skóra ma powiększone, a co gorsza zapchane, pory - a olej Shu oczywiście ten problem rozwiązuje ;D

W Azji popularna jest technika podwójnego oczyszczania, w której często wykorzystywane są: olej, a następnie pianka. I ja właśnie tych dwóch typów produktów używam :) 
Kilka miesięcy temu miałam okazję rozpocząć testowanie oleju Shu Uemura Porefinist dzięki współpracy z Agą i jej sklepem Berdever. Dzisiejszy post będzie więc niejako podsumowaniem tego czasu - a na końcu ujawnię, co myślę o kosmetyku.



Porefinist jest reklamowany jako lekki, nietłusty olej przeznaczony do cery tłustej (niemalże masło maślane ;p), likwidujący zaskórniki, zmniejszający pory oraz produkcję sebum. Blogger nie pozwala mi znaleźć filmiku reklamującego olej na dostępnej liście, więc wrzucę go "luzem", o tu: https://www.youtube.com/watch?v=xFwxrafdcfo. Olej nadaje się również do skóry wrażliwej (wg producenta). Jest niekomedogenny.

Najbardziej "rozdmuchanym" przez reklamy/blogerki składnikiem oleju jest wyciąg z liści sakury (japońskiej wiśni) ale to nie on gra tu główne skrzypce; poza tym i tak jest niemalże na samym końcu składu. Praktycznie każdy ekstrakt lub składnik o dobroczynnych właściwościach występuje tutaj w ilości poniżej 1%, więc nie ma się czym ekscytować ;) Ale dla porządku wymienię, co jeszcze tu mamy: witaminę E, olej jojoba, olej z krokosza barwierskiego, kwas kapriolowo-salicylowy (LHA), a także ekstrakty z: dzikiej wiśni, cynamonu cejlońskiego oraz wspomnianej już wiśni japońskiej. Dzięki działaniu LHA następuje lepsze wchłanianie substancji aktywnych zawartych w kosmetykach; działa on także przeciwzapalnie i antybakteryjnie, sprzyja więc procesowi gojenia się wyprysków i podrażnień na cerze trądzikowej.
Teraz mała, dodatkowa uwaga na jego temat ;) Na kartoniku jest napisane, że produkt został przebadany okulistycznie. Ok ale.... powiem tak. Nie róbcie tego błędu, co ja  i nie używajcie go do usuwania makijażu oczu!!!   
Ja tak zrobiłam. 
Auć. 
Oczy jeszcze przez tydzień dochodziły do siebie... Ponadto musiałam wypłukiwać resztki oleju wywarem ze świetlika przez cały następny dzień bo podrażniał mi gały ;) No i nie powinny go używać osoby uczulone na aspirynę.

Produkt dostajemy w fajnym, papierowo-plastikowym kartoniku, w 70% z recyklingu (przepraszam, zdjęcia nie ma). Ja wybrałam sobie pojemność 150ml ale jest też dostępny w 450ml butelce.

Opakowanie jest śliczne moim zdaniem :D Bardzo podoba mi się ten odcień różu, nawiązujący zapewne do sakury. Jest ono zrobione z wytrzymałego plastiku. Pompkę można zakręcać, co blokuje przepływ kosmetyku ale wadą jest to, że w podróży może się ona sama przekręcić i produkt się wyleje. Przydałby się klips zabezpieczający, jak w innych olejach. W produkcie za taką cenę powinni się o to postarać. Na początku miałam lekki problem, żeby przyzwyczaić się do odpowiedniej metody nacisku i za każdym razem strumień oleju szybował w tempie światła na drugą stronę łazienki, rozchlapując się o ścianę nad wanną (dobrze, że farba jest wodo- i olejoodporna!). Szybko jednak wypracowałam sobie odpowiednią metodę - najlepiej jest wziąć butelkę do ręki i wolno, ostrożnie nacisnąć, a wtedy spokojnie można sobie nalać odpowiednią ilość w zagłębienie drugiej dłoni. 

Było mi trochę trudno przyzwyczaić się również do konsystencji oleju. Ja bardzo lubię wodniste oleje ale ten jest jeszcze bardziej rzadki, niż FANCL! Z tym jednak też się prędko uporałam, więc już nigdzie nie ścieka ;D Muszę przyznać, że to ideał dla tłustej cery. Potwierdzam, że nie zapycha. No i pięknie pachnie sakurą :))) 

Strzelenie tej foty graniczyło niemalże z cudem ;p
Przejdźmy zatem do relacji z tego, jak olej się spisuje.
No więc upaćkałam się: korektorem Lioele, mega-wszystkoodpornym tuszem Fasio, wodoodpornym eyelinerem Creer Beaute, cieniami Rimmel oraz kremem BB Holika Holika Luminous Silk. Zostawiłam na jakieś 10-15 minut do wyschnięcia.
 
A tu olej wkracza do akcji. Korektor, cienie i BB poległy od razu w pierwszym starciu.

 Ciąg dalszy masakry na kosmetykach. Tusz oraz eyeliner ciągle się opierają.

Następuje moment emulsyfikacji oleju wodą! Czy naszemu bohaterowi uda się pokonać tusz i eyeliner....?

Ta-daaaaaa! Zwycięstwo! :D

Porefinist bardzo dobrze oczyszcza - mimo używania zapychającego filtra, pory były za każdym razem czyste, wymiatał wszystko [przypominam, że ten olej trzeba po wstępnym masażu dokładnie zemulsyfikować wodą i dopiero potem spłukać]. Wizualnie trochę je zmniejsza, mam wrażenie, że przez ostatnie kilka miesięcy generalnie się nieco skurczyły - zaskórników też jest o wiele mniej - ale nie wiem, na ile to zasługa oleju, a na ile innych kosmetyków.  Będąc super-skutecznym jest jednocześnie delikatny dla cery; ma się po nim uczucie jedynie delikatnego ściągnięcia ale nie wysuszenia. Wpływu na wydzielanie sebum nie zauważyłam. Dzięki zawartości kwasu LHA pomaga pozbyć się większości suchych skórek - choć gdy nadchodzi suchy sezon grzewczy, nie do końca je wymiata. 
Jedna mała wada: olej zostawia film po spłukaniu. Mi to jednak nie przeszkadza, gdyż zaraz idzie w ruch pianka, która pozbywa się go bez problemu (i śladu).


Podsumowując, olej mi się bardzo spodobał i wskoczył do top czwórki moich ulubionych olejów, obok FANCL, Shu Uemura Anti/Oxi oraz Cow Mutenka. Jest lekki, porządnie oczyszcza i relaksuje dzięki zapachowi sakury ^^ Do zmycia makijażu oczu i tak zawsze używam Biodermy Sensibio plus delikatniejszych olejów, więc nie przeszkadza mi fakt, że z tym produktem oczy lepiej omijać ;)

Olej można kupić TU w sklepie Berdever.

piątek, 9 stycznia 2015

Sulwhasoo Essential Rejuvenating Eye Cream [recenzja+skład]

SKŁAD/INCI: Ophiopogon Japonicus (Mondo Grass) Root Extract, Glycyrrhiza Uralensis (Chinese Licorice) Root Extract, Butylene Glycol, Water, Betaine, Jojoba Esters, PEG-75, Glycerin, Biosaccharide Gum-1, Hydrogenated Poly(C6-14 Olefin), Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Dimethicone, Hydrogenated Olive Oil Lauryl Esters, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Camellia Sinensis Leaf (Green Tea) Extract, Paeonia Albiflora (White Peony) Root Extract, Nelumbo Nucifera (Lotus) Seed Extract, Polygonatum Officinale Rhizome/Root Extract, Lilium Tigrinum (Tiger Lily) Flower/Leaf/Stem Extract, Rehmannia Glutinosa Root Extract, Chrysanthemum Morifolium (Florist's Daisy) Flower Extract, Paeonia Suffruticosa (Tree Peony) Root Extract, Citrus Unshiu (Japanese Mandarin) Peel Extract, Adenophora Stricta Root Extract, Lycium Chinense (Goji Berry) Root Extract, Coix Lacryma-Jobi Ma-Yuen (Job's Tears) Seed Extract, Angelica Tenuissima Root Extract, Honey, Hydrolyzed Red Ginseng Saponins, Portulaca Oleracea (Common Purslane) Extract, Angelica Acutiloba Root Extract, Panax Ginseng (Ginseng) Root Extract, Beta-Glucan, Cnidium Officinale Root Extract, Paeonia Lactiflora (Chinese Peony) Root Extract, Borago Officinalis (Starflower) Seed Oil, Cyclopentasiloxane, Polyglyceryl-10 Stearate, Cetearyl Alcohol, PEG-40 Stearate, Cyclohexasiloxane, Methoxy PEG-114/Polyepsilon Caprolactone, Hydrogenated Lecithin, Arachidyl Alcohol, C12-16 Alcohols, Propanediol, Behenyl Alcohol, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Arachidyl Glucoside, Palmitic Acid, Ethylhexylglycerin, Disodium EDTA, Triethanolamine, Phenoxyethanol, Fragrance.

Część z Was pewnie pamięta ten niezbyt przyjemny moment, kiedy po raz pierwszy zauważyła, że pod oczami namnożyło się trochę za dużo drobnych linii, lub wręcz zmarszczek. Kiedy ja zaczęłam zauważać pierwsze drobne linie pod oczami - co mnie wkurzyło - uznałam, że czas zaatakować czymś porządniejszym, niż tylko krem nawilżający. Przez to właśnie zaczęłam grzebać nieco głębiej w odmętach internetu, aż dotarłam do kremu pod oczy Sulwhasoo (a raczej jego próbek). To była chyba moja pierwsza styczność z wysokopółkowymi koreańskimi kosmetykami. Teraz z perspektywy czasu wiem, że powinnam była zacząć używać kosmetyków typu anti-aging dużo wcześniej; tak samo z filtrami. Niestety, kilka lat wstecz jeszcze nie miałam pojęcia o czymś takim, jak azjatycka pielęgnacja i nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo istotna jest ochrona przeciwsłoneczna. No ale trudno się mówi, czasu się nie cofnie. Można tylko starać się pielęgnować w chwili obecnej swoją skórę najlepiej, jak potrafimy. 
Tyle tytułem wstępu o tym, co skłoniło mnie do rozszerzenia pola kosmetycznych poszukiwań w kierunku koreańskich kosmetyków, które kosztują majątek (ale na szczęście można ich używać za dużo mniej). 

Sulwhasoo to koreańska marka specjalizująca się w ekskluzywnych ziołowych kosmetykach wytwarzanych z użyciem ekstraktów z całego mnóstwa ziół i roślin, uwzględniająca w większości swoich receptur  żeńszeń. Korzeń ten był pierwszym składnikiem kosmetyków w czasach początków firmy i to na jego dobroczynnych właściwościach opierało się działanie ówcześnie produkowanego pierwszego kremu w historii marki. 
Nie inaczej jest z Essential Rejuvenating Eye Cream. Jest to krem pod oczy z podstawowej linii nawilżającej, zawierający zioła lecznicze. 
Według producenta kosmetyk ten redukuje zmarszczki i drobne linie wokół oczu. Według mnie nie. Uważam, że nadaje się bardziej do użytku jako produkt zapobiegający pierwszym objawom starzenia, aniżeli je naprawiający. Dlatego też w moim przypadku się nie sprawdził. 
Idąc dalej za opisem - krem ma rewitalizować skórę, redukować bruzdy oraz minimalizować cienie i obrzęki.  Głównymi składnikami kosmetyku są:
* 6-letnie saponiny czerwonego żeńszenia, ekstrakt z chryzantemy, miód (wspomagają cyrkulację krwi w skórze);
* ekstrakty: z zielonej herbaty, adlay oraz jagód goji (przeciwutleniacze; zwalczają wolne rodniki oraz zapobiegają starzeniu się skóry)
* ekstrakt z korzenia chińskiej lukrecji (mają właściwości rozjaśniające oraz zapobiegają przebarwieniom). 
Oprócz tego (jak widać) krem zawiera jeszcze wiele ekstraktów ale błagam, nie każcie mi ich wszystkich wypisywać :P

Z drogimi koreańskimi kosmetykami jest taka fajna sprawa, że wszystkie można kupować w próbeczkach ;D Dzięki temu zwykły śmiertelnik może używać ekskluzywnych kosmetyków, nie idąc za każdym razem z torbami. Próbki można kupić zarówno u sprzedawców na Ebay'u, jak i w niektórych sklepach internetowych (Gmarket, RoseRoseShop, Tester Korea, itp.). Przykładowo, zamiast przepłacać niemalże 300zł za 100ml luksusowego opakowania esencji sum:37 Secret Programming, możemy dostać 10ml w 10 saszetkach za....32zł. Oczywiście trzeba wtedy uzupełniać zapasy dosyć często - ale o wiele więcej ludzi stać na jednorazowy wydatek 32zł, niż 300, dzięki czemu mogą oni używać takich kosmetyków. Odpowiednik tych 100ml w saszetkach będzie nas kosztował ok. 140zł - czyli wychodzi na to, że 160zł tak naprawdę płaci się za ekskluzywnie wyglądającą butelkę. Kolejny przykład: 40ml buteleczki esencji White Plus Renew Laneige nie znajdziecie nigdzie poniżej 140zł. Natomiast kupując 4 próbki w małych, 10ml plastikowych opakowaniach z wygodnym dozownikiem wydamy tylko ok.36zł. Taka sama ilość produktu o 104zł taniej - to robi różnicę!! Moim zdaniem takie próbki z dozownikami są nawet lepsze i bardziej przydatne, niż duże, ciężkie opakowania, których raczej nie wzięlibyśmy ze sobą w podróż. 
Takie próbki kremu Essential Rejuvenating z dozownikiem (nie lubię saszetek) upatrzyłam sobie właśnie na Ebay, po czym kupiłam 3 sztuki.

Po 3.5ml każda.


Dozownik.

Po wyciśnięciu odrobiny kremu trochę pożałowałam zakupu, ze względu na intensywny ziołowo-żeńszeniowy zapach. Uch. No ale jakoś się przełamałam - w końcu efekty ważniejsze!
Krem ma lekką, średnio gęstą konsystencję; daje się go bezproblemowo i gładko rozprowadzić palcami.




A oto schemat wyjaśniający, jak najlepiej wklepywać kosmetyk (ze strony producenta):


Żródło: http://www.sulwhasoo.com.sg/en/product/Essential_Rejuvenating_Eye_Cream
Krok 1) Zamknij oczy, a następnie używając środkowego oraz serdecznego palca masuj skronie ruchami w górę i dół, aby ulżyć oczom. 
Krok 2) Uciskaj kciukiem oraz palcem wskazującym wzdłuż linii brwi, aby rozluźnić mięśnie się tam znajdujące.
Krok 3) Używając palców wskazujących, delikatnie uciskaj nimi punkty wzdłuż linii brwi, w zewnętrznych oraz wewnętrznych kącikach oczu, a następnie pod oczami. Powtórz 2-3 razy.
Pamiętajcie, te ćwiczenia należy wykonywać PO nałożeniu kremu! Dzięki temu tarcie zostaje zminimalizowane i nie naciągamy delikatnej skóry pod oczami. Staram się wykonywać takie ćwiczenia przed snem, kiedy mam czas i uwierzcie mi, one naprawdę relaksują :)!

Wracając do kremu. Dosyć szybko wchłania się przy wklepywaniu, pozostawiając delikatną, nawilżającą warstewkę ochronną. 


Niestety, pod koniec dnia nie było po nim śladu, a skóra znów była sucha. Te 3 próbki starczyły mi na ok. 4 miesiące regularnego używania. W tym czasie nie zauważyłam żadnej poprawy, jeśli chodzi o drobne linie pod oczami, a wręcz pogorszenie sytuacji z uwagi na ekspresywną mimikę twarzy, którą musiałam stosować w tamtym czasie. Kolejna obietnica: krem ma rozjaśniać cienie pod oczami. Tutaj akurat nie mogę niczego jednoznacznie stwierdzić bo generalnie mam to szczęście, że nawet przy braku odpowiedniej ilości snu wyglądam świeżo ^^ Jednak w czasie stosowania kremu miałam bardzo stresującą pracę i spałam po 4-5 godzin dziennie, co niestety zaczęło delikatnie odbijać się na skórze pod oczami i zauważyłam delikatne zasinienie w kącikach. Na ile jednak krem je redukował (i czy w ogóle), tego nie jestem w stanie ocenić bo musiałabym wtedy przerwać jego używanie i zobaczyć, co się stanie. A tego, rzecz jasna, nie zrobiłam. 

Po jego zużyciu bardzo się cieszyłam, że to były tylko próbki - bo jak miałabym zbierać na pełnowymiarowe opakowanie, po czym okazałoby się, że mi nie pasuje to bym się chyba popłakała ;p

Cena/ Pojemność:  
25ml - 324zł (Amazon), 332zł (RoseRoseShop), 347zł (KoreaDepart), 381zł (ebay); 
saszetki 1ml: 10 sztuk - 16zł (RoseRoseShop), 20 sztuk - 36zł (ebay),  30 sztuk - 44zł (ebay), 40 sztuk - 54zł (ebay);
pojemniczki z dozownikiem 3.5ml: 2 sztuki - 42zł (ebay), 5 sztuk - 91zł (ebay).

sobota, 3 stycznia 2015

Kose Sekkisui Perfect UV Milk SPF50/PA++++ [recenzja+skład]

[Podany skład dotyczy wersji na rynek japoński. Inne wersje mogą się nieznacznie różnić składem.]
SKŁAD/INCI: Cyclomethicone, Water, Alcohol Denat., Zinc Oxide, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Dimethicone, Isododecane, Polymethylsilsesquioxane, Cetyl Ethylhexanoate, Diethylamino Hydroxybenzoyl Hexyl Benzoate, Polysilicone-15, Tocopherol, Coix Lacryma-Jobi Ma-Yuen (Job's Tears) Seed Extract, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, BHT, Disodium EDTA, PEG-9 Polydimethylsiloxyethyl Dimethicone, Sorbitan Sesquiisostearate, Cetyl Dimethicone, Triethoxycaprylylsilane, Fragrance.


Kose Sekkisui Perfect UV Milk to filtr, który wpadł mi po raz pierwszy w oko podczas przeglądania aukcji na Ebay'u. Do kupna zachęcała informacja o wysokim faktorze PA- aż cztery plusy - oraz zawartym w nim ekstrakcie z adlay. Nie byłam jednak na niego do końca zdecydowana, gdyż obawiałam się zapchania i/lub wysypu, więc zakup nie doszedł do skutku.
Jakiś czas potem wybierałam kosmetyki, które miałam dostać od Berdever  i przypomniałam sobie o tym filtrze.  Mając możliwość przetestowania tego produktu za darmo, postanowiłam dać mu szansę. Wkrótce kosmetyk stał już u mnie na półce.

W Japonii linia tychże kosmetyków została wprowadzona na rynek w 2014r. i jest dostępna jedynie w sieciach 7/11. Uwaga - nie mylcie Sekkisui z Sekkisei! Linia Sekkisui jest tańszym, drogeryjnym odpowiednikiem Sekkisei - marki średniopółkowej od Kose, która zbiera pozytywne recenzje. Sekkisui - niekoniecznie.  
Kosmetyk zawiera 2 rodzaje filtrów: fizyczny (tlenek cynku) oraz chemiczne: metoksycynamonian etyloheksylu i, nieco niżej w składzie, Uvinul A Plus. Oprócz tego znajdują się w nim: ekstrakt z ziaren chińskiego jęczmienia perłowego /znanego również jako wspomniany już adlay/, a także olej jojoba. Adlay jest popularnym w Azji składnikiem nie tylko kosmetyków, lecz także potraw. Jest on silnym przeciwutleniaczem (zwalcza wolne rodniki); ponadto wygładza, rozjaśnia skórę i zapobiega jej starzeniu. Olej jojoba z kolei jest popularnym w kosmetyce składnikiem o właściwościach nawilżających, kojących i przeciwzapalnych; hamuje też wydzielanie sebum.
Filtr UV Perfect Milk jest produktem wodo-, sebum- oraz potoodpornym. Według producenta można go spokojnie używać nie tylko w mieście, ale również podczas odpoczynku czy uprawiania sportu na zewnątrz, nad morzem, w górach i gdzie bądź ;)

Produkt kwalifikuje się także jako baza pod makijaż, przedłużając jego trwałość.

Kosmetyk dostajemy w 30ml plastikowym opakowaniu na zakrętkę, którą wystarczy obrócić 2 razy, żeby się zatrzasnęła. Końcówka zwęża się w dziubek z niewielkim otworem.

Przejdźmy zatem do samego kosmetyku. 
Perfect UV Milk pod względem konsystencji jest typowym mleczkiem, lecz w dotyku daje silikonowo-oleiste odczucie. Nie bieli.

Zazwyczaj we wszystkich filtrach, których używałam, jest alkohol  w składzie i nigdy mi to nie przeszkadzało. Tutaj jednak alkohol silnie daje mi nie tylko po nozdrzach,  ale i po oczach ;/ Po prostu nie da się nakładać tego kosmetyku na policzki z otwartymi oczami, do momentu aż alkohol nie wyparuje. W ogóle zapomnijcie o nakładaniu go w pobliżu oczu - podrażni Wam je, zanim minie kilka godzin. 
Sam produkt też dziwnie pachnie. Jest to mocny zapach ale ciężko mi go określić. Pierwsze słowo, jakie mi się nasuwa to "babciny" ;) Albo coś w stylu zapachu starej szafy czy smrodu Chanel No.5 (tak, dla mnie te perfumy śmierdzą starą szafą). Niestety, zapach długo się utrzymuje na skórze. I przyciąga osy. Dzięki temu można było mnie zobaczyć w akcji kilka razy, jak uciekałam przed wyżej wspomnianym cholerstwem, dopóki wreszcie nie wybiło ich zimno ;p
Przez to, że produkt jest wodoodporny, obawiałam się powtórki z "rozrywki", jak w przypadku filtra Nivei. Czyli uczucia oblepionej twarzy przez cały dzień. No i niestety, sytuacja się powtórzyła. 
Wykończenie filtra jest satynowe i pół-matowe, rzekłabym. Na zdjęciu akurat nie udało mi się tego uchwycić bo wygląda, jakby wchłonął się bez śladu :(


Co do hamowania sebum, to sama już się pogubiłam. Zaczęłam używać Sekkisui we wrześniu i mniej więcej do połowy listopada faktycznie, nie tylko ograniczał wydzielanie sebum; sprawdzał się również jako baza pod makijaż, przedłużając trwałość mojego BB kremu. Potem jednak nagle coś się zmieniło i już nie dawał rady, a moja cera zaczyna się obecnie świecić już po 2~3 godzinach od nałożenia. I nie ma znaczenia, że nakładam pod filtr kosmetyki hamujące sebum. Mam wrażenie, że to "wina" zmiany w mojej pielęgnacji, a nie samego kosmetyku. Przecież nagle nie zmienił właściwości ;) Od połowy listopada nie miałam/mam żadnego porządnego lotionu do twarzy, którego mogłabym rano nałożyć na twarz (dopiero kilka dni temu zamówiłam nowy i czekam na paczkę). Wcześniej używałam Hada Labo Kiwamizu i wszystko było ok. Być może to kwestia kaprysów mojej cery. Już raz miałam taką sytuację, że kosmetyk był ok, krzywdy nie robił przez około 2 miesiące - a potem z dnia na dzień zaczął mnie koszmarnie zapychać po każdym użyciu (niczego nowego wtedy nie używałam). Jak wróciłam do niego teraz, po niemalże 8 miesiącach - znowu wszystko ok! Czasem bywa i tak.
Generalnie rzecz biorąc, produkt robi, co ma robić ale nie odpowiadają mi: zapach, drażniąca oczy woń alkoholu i oblepiająco-oleiste uczucie na twarzy, dlatego więcej po niego nie sięgnę.

Gdyby któraś z Was chciała go spróbować, produkt można kupić w sklepie Berdever TU ze zniżką 15% na kod "greentealovex".

Denko maj 2015

Miesiąc maj już minął (co prawda 2 tygodnie temu ale kto tam by się czepiał szczegółów), a zatem pora na kolejne denko. Zebrało się kilka r...